EDK 2018 – Szmaragdowa (Kraków –> Tatry)

Trasa Szmaragdowa – Św. Bernarda z Menthon to jak na razie najdłuższa trasa Ekstremalnej Drogi Krzyżowej licząca sobie 133km

cytując, trasa prowadzi przez:

Kraków, Pogórze Wielickie i Wiśnickie, Beskid Wyspowy, Gorce, Podhale i Tatry – Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr na Wiktorówkach.

Trasa wiedzie przez kilka pasm górskich prowadząc długimi odcinkami w terenie leśnym, w dużej mierze także poza szlakami.


Mając za sobą mały sukces w roku ubiegłym (2017) z przebyciem trasy „Rzeszów –> Pustelnia św. Jana z Dukli” liczącej nieco ponad 100km, w tym roku przymierzyłem się do nieco dłuższej trasy wiodącej z Krakowa w Tatry, rozpocząłem więc poszukiwania partnera na tą wyprawę by te kilkadziesiąt godzin spędzić troszkę raźniej, jednak bez powodzenia… jako że w międzyczasie, tzn. od ostatniego EDK, zajawiłem się biegami ultra, w grę wchodziło także pokonanie trasy na biegowo, próbując ukończyć ją w czasie krótszym niż 32 godziny – w roku ubiegłym był to ponoć najlepszy czas przejścia.

I tak oto, mamy 23 marca 2018, godzina 21:30, właśnie skończyła się msza, opuściliśmy kościół na Podgórzu, kilka minut na ogarnięcie, odpalenie tracka w zegarku i punkt 21:35 wystartowałem… by po pierwszym kilometrze wyhamować doganiając grupkę która na tą samą trasę się porwała, tak oto w sielance przemaszerowaliśmy 2km, tuż przed Bagrami podziękowałem za towarzystwo i udałem się na dalszą samotną podróż…

 

Nie trzeba było długo czekać by słowa z opisu trasy „w dużej mierze także poza szlakami” nabrały bardziej wyrazistego znaczenia, pojawiło się pokonywanie pierwszego lasu „na przełaj”, poza szlakiem, następnie łąki między wioskami, jakieś totalne zarośla, bagna… momentami odcinki ciężko było przejść, a gdzie dopiero myśleć o ich pokonaniu na biegowo jak przyjąłem…

W okolicach Myślenic trasa stała się jakby normalniejsza, choć kojarzę też że wiodła na skróty szlaku żółtego, była też pierwsza wspinaczka, ręce okazały się pomocne przy ostrym podejściu po śniegu i głazach… tuż przed Suchą Polaną zostałem zaczepiony przez patrol na Quadach oferujący mi pomoc w dotarciu do doliny, podziękowałem za ofertę i zacząłem się zastanawiać czy aż tak źle wyglądam że moje zwłoki z trasy chcą ściągać?! No cóż, po chwili sprawa sama się rozwikłała, okazało się że zacząłem doganiać „końcówkę stawki” która szła od Myślenic 😛

Dalej za Suchą Polaną i przez Lubomir już jakby tak przyjemniej, wróciły wspomnienia z startu w biegu „Marsz gen. Nila”, na dystansie 50km, mijałem w tej okolicy też sporo osób idących z Myślenic, było raźniej, pod koniec na niebie też zaczęła pojawiać się czerwień budzącego się do życia dnia…

W okolicach Kasiny Wielkiej, a dokładniej za, był kolejny las z wąwozami do pokonania, na przełaj, dalej, okolice Mszany Dolnej były bardziej przyjazne, tam też dopadłem pierwszy sklep by zatankować litr Coli przed dalszą wędrówką… kolejnym punktem kontrolnym miał być Turbacz, który niestety okazał się być dalej aniżeli mi się zdawało, długie podejścia po śniegu i oblodzonej ziemi okazały się być mocnym przeciwnikiem, niejednokrotnie pokonywanym w układzie „3 kroki w górę, 2 kroki w dół”, po jednym z poślizgnięć i upadku spędziłem dobrych kilka minut zaciskając zęby i uciskając kciuk, palec na szczęście okazał się tylko mocno nadwyrężony, jednak nie złamany, a ból zaczął powoli mijać…

Turbacz

Godzina 11:39, 93km! Turbacz! Moje długo wyczekiwane naleśniki z jagodami!

Kolejny litr Coli, tym razem doprawiony porcją glukozy, następnie zabawa w przebijanie pierwszych odcisków i impregnacja paluchów sudocrem’em, by o 12:36 opuścić przytulne schronisko i spróbować ugryźć bonusowe 45km

Pierwsze kilkanaście kilometrów przeszło dość gładko, bo i z górki, jak i na podładowanych w schronisku akumulatorach, nie trzeba było jednak długo czekać by do sielanki przyczepiło się jakieś błotko z górką, tych pasm górek z błotkiem, śniegiem i widokiem na Tatry było kilka, by ostatecznie dotrzeć do Jurgowa i tam rozpocząć ostatnie starcie… część była nawet przyjazna, a odliczanie ostatnich kilometrów nagle jakby przyspieszyło, napotkany po drodze wilk nie podniósł specjalnie adrenaliny, szybko uciekł, został dodany z spokojem do kolekcji zwierząt napotkanych podczas zimowego przejścia GSB, wilka tam nie było, choć świeże ślady watahy przyprawiły raz o gęsią skórkę.

Odliczanie kilometrów nagle zamarło, na trasie kolejny odcinek z serii „spróbuj się wydrapać na górę”, głęboki śnieg, powalone drzewa, duże nachylenie terenu – tor przeszkód, to jest coś za co miłośnicy OCR chętnie płacą, no może z jednym małym ale… nie po zmroku i nie na 130-tym kilometrze 😀

Dalej, kawałek asfaltu, następnie szerokim szlakiem, turystostradą… aż do Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr na Wiktorówkach… na miejscu spotkałem Dorotę która także przybiegła tu z Krakowa, oraz jej koleżankę która tego wieczoru wcieliła się w rolę opiekunki, zbierając i odstawiając nasze ciała w miejsce noclegu, Dziękujemy!

5 powodów dla których warto było się trochę pomęczyć?!

  1. Ustanowiłem nowy rekord najdłuższej trasy EDK – 21:50h
  2. Zrobiłem dobry trening przed Rzeźnikiem Ultra – też na 140km
  3. Przesunąłem własne granice na wyższy poziom, poznałem też lepiej własne ciało
  4. Po raz kolejny wziąłem udział w tym „ekstremalnym” wydarzeniu, takie uczucie jedności z innymi uczestnikami pokonującymi własne słabości
  5. Zawarłem znajomość z wielokrotną zwyciężczynią ultra-maratonów górskich! Pozdrowienia dla Doroty! 🙂

Do zobaczenia za rok! 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s